22 maja – Dzień bez praw zwierząt, dzień jak co dzień


03Jeśli się nie mylę, dziś (22 maja) obchodzony jest Dzień Praw Zwierząt. Przyznam, że jakkolwiek zajmuję się tą tematyką od wielu lat, nigdy tego dnia nie świętowałem. Powstrzymywało mnie wrażenie zupełnego pomieszania z poplątaniem, które widzę tak:

1) Dzień Praw Zwierząt ustanowiony jest przez organizację, która oficjalnie i wyraźnie dystansuje się od mówienia o prawach zwierząt, vide niedawny wywiad z Jackiem Bożkiem dla bielskiej Wyborczej. Jak rozumiem robi to zarówno z powodów strategicznych, jak i ideologicznych. Klub Gaja nie zajmuje się przecież promowaniem postawy odmowy wspierania wykorzystywania zwierząt („My nie namawiamy do zostania weganinem, czy niejedzenia ryb w ogóle”). To raczej klasyka nurtu eko-welfarystycznego, z naciskiem na tzw. zrównoważony rozwój (w tym rozwój np. rybołówstwa), a nie prawa zwierząt. Pytanie raczej jak wykorzystywać, a nie czy. Nie chodzi mi w tej chwili o ocenę profilu i postulatów tej organizacji, tylko o wskazanie, że z własnego wyboru i wedle niekontrowersyjnych definicji Klub bez wątpienia nie wpisuje się w nurt praw zwierząt

2) Dzień Praw Zwierząt ustanowiony jest dla upamiętnienia uchwalenia ustawy o ochronie zwierząt:

a) co sugeruje, że polskie prawodawstwo chroni prawa zwierząt. Które? Których zwierząt? Prawo do życia, integralności cielesnej, szacunku, niebycia rzeczą – czy to żarty? Żyjemy w kraju, gdzie co najmniej 1 000 000 000 zdolnych do odczuwania zwierząt rocznie jest zabijanych zgodnie z prawem, wiele z nich uwikłanych jest wcześniej w hodowlę przemysłową, sposób traktowania zwierząt nieuchronnie związany z cierpieniem. Owszem, polskie prawo do pewnego stopnia chroni niektóre zwierzęta i pewnie lepiej, że jest takie prawo niżby miało go nie być, ale zawartość tego prawa nie jest wyrazem uznania praw moralnych określonych z klasycznych teoriach etycznych, które mówią o prawach zwierząt: koncepcji Toma Regana czy późniejszej Gary’ego Francione (pomijam inne koncepcje praw zwierząt jako póki co mniej wpływowe)

b) co sugeruje, że pojęcie podstawowych, indywidualnych praw moralnych jest tożsame z prawodawstwem (przepisami prawnymi). Umacnia to i tak katastrofalny zamęt wokół pojęcia praw zwierząt. Klasyczne koncepcje praw zwierząt (choćby wspomniana teoria Toma Regana) wyraźnie różnicują te dwa obszary praw, przy czym prawa moralne są traktowane jako pierwotne wobec zawartych w systemach prawnych. To dwa różne pojęcia, chociaż mające ze sobą związek. Prawodawstwo hipotetycznego społeczeństwa wegan i weganek mogłoby być po prostu kodyfikacją ich wspólnych przekonań co do podstawowych praw moralnych (o ile wszyscy weganie byliby wyznawcami teorii praw): że nie należy krzywdzić zwierząt zdolnych do odczuwania i traktować ich wyłącznie jako środków do osiągnięcia własnych celów. Innymi słowy: system prawny takiego społeczeństwa byłby ujęciem przekonań moralnych dotyczących praw jednostek w proporcji niemal 1:1. Nie żyjemy jednak w takim społeczeństwie i świat prawodawstwa jest odległy od postulatów teorii praw zwierząt

Przy okazji dodam paradoksalnie odświętnie brzmiącą deklarację: nie wierzę w prawa zwierząt opisane w koncepcjach Toma Regana i Gary’ego Francione. Obaj mają niezwykłe zasługi dla zrozumienia naszych relacji z resztą zwierząt, obaj inspirowali i inspirują działania na rzecz zwierząt, ich wkład w obieg myśli i dyskusję na temat założeń i strategii działania jest nieoceniony. Jednak w obu przypadkach baza ontologiczna jest bardzo dyskusyjna, wystarczy odwołać się do krytyki koncepcji Regana formułowanej przez Marka Rowlandsa, jako odwołującej się do cokolwiek śliskiej koncepcji praw naturalnych lub kwestię niedawnych deklaracji Francione, że jest realistą moralnym. Przy okazji: jest zapowiedź jego książki na ten temat, co cieszy. Przez ostatnie lata, po wycyzelowaniu swojego The Abolitionist Approach Francione wyraźnie trwał w intelektualnej stagnacji. Deklaracja o wierze w istnienie faktów moralnych da nam być może jakiś nowy materiał do przemyśleń i krytyki, czego wszystkim życzę.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że moja deklaracja o niewierze w prawa zwierząt może tę i owego zdziwić (o ile kogokolwiek obchodzi). Z drugiej strony, dawałem już kilka sygnałów, że ta kwestia mnie uwiera, choćby pytając o zdanie w tej sprawie Katarzynę Biernacką w rozmowie w Dzienniku Opinii czy też wygłaszając referat „Po co zwierzętom prawa? Przykłady krytyki współczesnych teorii praw zwierząt” na konferencji „Człowiek w relacji do zwierząt, roślin i maszyn w kulturze”. Nie jest to jednak absolutna niewiara w użyteczność pojęcia praw zwierząt. To raczej wzrastające przekonanie, że prawa moralne możemy jedynie nadać, a nie uznać, bowiem obiektywnie nie istnieją. Nadać je możemy w taki sposób, w jaki próbował to zrobić Mark Rowlands w książce Animal Rights: Moral Theory and Practice (w ramach kontraktu społecznego) lub jeszcze lepiej lepiej, o ile ktoś będzie potrafił.