Najszybciej mówiący apateista świata i jego promienisty sceptycyzm

Apateizm, podobnie jak np. slaktywizm, ingredientyzm czy fleksitarianizm, to są te interesująco brzmiące słowa, którymi możecie się posłużyć w inteligentnym towarzystwie, aby zaciekawić sobą (że co? jaki izm?) i dać wyraz swojemu zainteresowaniu tzw. współczesnością. To stosunkowo nowe pojęcia, które mnożą się w odpowiedzi na potrzebę kategoryzacji wszystkiego, co się da, a nawet więcej. Trudno powiedzieć, czy narodziły się, żeby stać się klasykami czy efemerydami. Rozumiem potrzebę porządkowania, chociaż jako ktoś, kto bardzo lubi ład, potrzebuje go i dąży do niego, wiem dokładnie, że dążenie to byłoby pozbawione wartości, gdyby świat mu się nie wymykał. Ilekroć kategoryzuję, zostaję na końcu z obfitą szufladką fenomenów i stanów będących w ramach mentalnej bilokacji w wielu miejscach jednocześnie lub nie będących nigdzie indziej jak w miejscu, które można określić tylko jedną kategorią – niekategoryzowalne. Szczerze: szczególnie pociągające jest to, czego nie można usidlić inaczej niż jako wymykające się.

Co usidlił apateizm? Otóż są podobno tacy i takie, którzy i które, pozostają w stanie zadeklarowanej obojętności wobec sporu o istnienie bogów. Są wobec teizmu, ateizmu i ich tańca apatyczni, co stawia ich na drugim biegunie zarówno apologetów obu światopoglądów z ich systematycznymi wykładniami własnych stanowisk, jak i entuzjastów obu, z ich niewerbalizowalnym poczuciem. Dawkins, Harris, Dennett, Stenger i Hitchens na pewno nie są (lub nie byli, ostatni już nie żyje) apateistami, podobnie jak papież czy Bortnowska. To ostatnie nazwisko dodałem, żeby kobiecość również miała swoją reprezentację i wydaje mi się, że zrobiłem słusznie. I ja nie jestem apateistą. A kto nim jest? Przede wszystkim jest nim Jonathan Rauch, o którym wiem tyle, że słowo powołał do życia. I jest nim Ben Goldacre, najszybciej mówiący lekarz, który pisze książki.

O czym są książki Bena Goldacre? Na szczęście nie o letnim stosunku do kwestii wiary i niewiary w nadprzyrodzone. Goldrace to ktoś taki, kto jest sceptykiem w dobrym tego słowa sensie, tzn. posługuje się sceptycyzmem jako metodą poznania przy analizie i ocenie różnych zjawisk, nie tylko tych spoza obszaru nauki, które są zwykle oczywistym, ogranym i łatwym obiektem racjonalnej krytyki. Bezlitośnie prześwietla na przykład uczciwość praktyk (pseudo)medycznych – gdziekolwiek by nie wystąpiły, zarówno w ramach tzw. medycyny alternatywnej (pomińmy, że skrajnie rzadko bywa ona alternatywą, tzn. rzeczywiście funkcjonalnym sposobem leczenia zastępującym Evidence-based medicine), jak i tej oficjalnej, z jej ogromnym garbem problematycznego przemysłu farmaceutycznego. Niedawno zmarły Paul Kurtz, zwany ojcem świeckiego humanizmu, napisał kiedyś coś, co pasuje mi do Goldacre’a:

[I]f there are any lessons to be learned from history, it is that we should be skeptical of all points of view, including those of the skeptics. No one is infallible, and no one can claim a monopoly on truth or virtue. It would be contradictory for skepticism to seek to translate itself into a new faith. One must view with caution the promises of any new secular priest who might emerge promising a brave new world– if only his path to clarity and truth is followed. Perhaps the best we can hope for is to temper the intemperate and to tame the perverse temptation that lurks within.

 

To fragment książki The Transcendental Temptation, a przy okazji wspomnienia o Kurtzu warto dorzucić informację, że w Polsce jest dostępna jedna jego książka. W 1999 roku wydawnictwo Książka i Prasa wydało „Zakazany owoc: etyka humanizmu”, był to tom 3 Biblioteki „Bez Dogmatu”. Mam ten zakazany owoc, kupiłem go zaraz po wydaniu! O Kurtzu napiszę w przyszłości więcej, bo czuję, że jego humanizm i jakikolwiek humanizm przeważnie jest etycznie szczerbaty, z luką w miejscu zwierząt pozaludzkich. Póki co polecam lekturę Manifestu neohumanistycznego, który w Polsce podpisała m.in. Barbara Stanosz, która apateistką też nie jest (i która wyrównuje mi nieco proporcje płciowe w przywoływanych przykładach). No i jeszcze coś, w nawiązaniu do neologizmów, które rozpoczęły ten wpis. Kurtz wynalazł pojęcie eupraxsophy, które nie przyjmie się z powodu swojej nazwy (euprazofia? euprakzofia?), ale ma ciekawą zawartość. O tym też kiedy indziej. Koniec dygresji o Kurtzu.
Goldacre, ze swoim promienistym sceptycyzmem (w przeciwieństwie do takiego, który działa jak punktowy reflektor skierowany w jeden kąt rzeczywistości), jest bardzo ciekawym przypadkiem. Również, jeśli chodzi o formę podania myśli. Powiedzieć, że jest dynamicznym mówcą to mało powiedzieć. Pisze zresztą też ciekawie i gdyby ktoś szukał czegoś nasennego, to raczej nie będzie to jedna z jego dwóch książek. Zanim o książkach, oto przykład umiejętności retorycznych i aktorskich Goldacre’a:

 

Książki napisał dwie, w tym jedna została wydana bardzo niedawno: Bad Pharma: How drug companies mislead doctors and harm patients. Wstęp do książki możecie przeczytać na stronie autora. Fragment:

We like to imagine that medicine is based on evidence, and the results of fair tests. In reality, those tests are often profoundly flawed. We like to imagine that doctors are familiar with the research literature, when in reality much of it is hidden from them by drug companies. We like to imagine that doctors are well-educated, when in reality much of their education is funded by industry. We like to imagine that regulators only let effective drugs onto the market, when in reality they approve hopeless drugs, with data on side effects casually withheld from doctors and patients.

I’m going to tell you how medicine works, just over the page, in one paragraph that will seem so absurd – so ludicrously appalling – that when you read it, you’ll probably assume I’m exaggerating. We’re going to see that the whole edifice of medicine is broken, because the evidence we use to make decisions is hopelessly and systematically distorted; and this is no small thing. Because in medicine, we doctors and patients use abstract data to make decisions in the very real world of flesh and blood. If those decisions are misguided, they can result in death, and suffering, and pain.

Przyznam, że kiedy ktoś zaczyna narzekać w podobny sposób, włącza mi się lampka alarmowa. Zapala się, bo bardzo często zapalczywa krytyka Big (and Bad) Pharma jest związana z chronicznym brakiem nawyku krytycznego myślenia, ezoteryczną mgłą, skłonnością do ulegania teoriom spiskowym i new age’owym mumbo-jumbo lub karykaturalną kontestacją, która ceni wyłącznie to, co jest alter-, kontr- i subkulturą. Jeśli ktoś, kto np. sięga po homeopatię i ją promuje zaczyna narzekać na nieopanowaną i szkodliwą chęć zysku producentów leków, jednocześnie zapominając, że wartość sprzedaży cukrowych pigułek w samej tylko Polsce wynosiła w roku 2009 ponad 200 mln złotych (na szczęście później spadała), w UE ponad miliard euro, a firmy produkujące paraleki są koncernami, to coś jest nie tak. Przy okazji dygresja (to moja zmora): parlamentarzyści europejscy przegłosowali dofinansowanie – w wysokości 2 mln euro – projektu pilotażowego koordynującego badania naukowe dotyczące homeopatii w leczeniu… zwierząt (całkiem pozaludzkich).  I dalej: jeśli ktoś narzeka na metodologię badań współczesnej nauki, jednocześnie będą wyznawcą a choćby którejś z licznych diet uzdrawiających, np. witarianizmu i odsyłając w jej obronie do źródeł, które urągają wszelkim zasadom rzetelności, to nie jest dobrze. Jeśli krytyka jest nawykowa, na oślep i nie uwzględnia własnych pozycji, to mam powód, żeby jej nie cenić. No ale to nie jest przypadek Goldacre’a, który nie tyle podważa filozofię EBM, co boleje nad jej nieuczciwą praktyką, która zatrważająco często sprawia, że medycyna zamiast na faktach i dowodach opiera się na manipulacji, przemilczeniu czy nadinterpretacji.

Zanim jeszcze została opublikowana Bad Pharma, Goldacre pisał często o problemach z przemysłem farmaceutycznym i szerzej badaniami naukowymi w ramach swojej kolumny Bad Science w The Guardian. Przykładem takich tekstów może być Don’t like your findings? Spin them away, a także np. When the scientific evidence is unwelcome, people try to reason it away lub Homeopathy doesn’t work. But are the claims for other medicines any better? Prowadził tę kolumnę osiem lat, więc znajdziecie tam znacznie więcej ciekawych tekstów. Nie mam zamiary streszczać Bad Pharma, odeślę jeszcze tylko do kilku źródeł, które dadzą pojęcie o czym pisze i mówi Goldacre. Posłuchajcie (i obejrzyjcie, bo będzie tam i mowa ciała) jeszcze jedno jego wystąpienie w ramach TED:

Polecam także godzinny wywiad z The Guardian, dobry do samochodu lub via słuchawki w metrze (jeśli ktoś ma coś takiego w okolicy) lub choćby podczas jesiennego spaceru:

A dla tych, którzy wolą czytać, mam zestaw odpowiedzi na pytania czytelników/czytelniczek. No i jest też, wydana w Polsce, chociaż zdecydowanie za słabo promowana, pierwsza jego książka Bad Science, w Polsce nosząca tytuł „Lekarze, naukowcy, szarlatani. Od przerażonego pacjenta do świadomego konsumenta”. Bardzo ciekawy rozdział o efekcie placebo możecie przeczytać na tej stronie.

Nie byłbym sobą, gdybym nie szperał w wątkach dotyczących zwierząt w dziele Bena Goldacre (to obsesja, jedne z okularów, przez które patrzę na świat). Coś z (a jakże) kategorii trivia: swego czasu postarał się o dyplom z zakresu nauki o żywieniu dla swojej kotki Henrietty, tym samym uzupełniając listę zwierząt z fałszywymi dyplomami. No niestety, wiele ośrodków, które zwą się naukowymi, sprzedaje tytuły i dyplomy, produkując farbowane ekspertki i ekspertów (głównie od zarabiania pieniędzy kosztem szukających porad i pomocy). Mamy także kilka jego wypowiedzi na temat przydatności tzw. modelu zwierzęcego w badaniach naukowych, prościej mówiąc – wykorzystywania zwierząt do doświadczeń i testów. W Bad Science pisze tak:

Nobody could deny that this kind of data [animal data – dg] is valuable in the theoretical domain, for developing hypotheses, or suggesting safety risks, when cautiously appraised. But media nutritionists, in their eagerness to make lifestyle claims, are all too often blind to the problems of applying these isolated theoretical nuggets to humans, and anyone would think they were just trawling the internet looking for random bits of science to sell their pills and expertise (imagine that). Both the tissue and the disease in an animal model, after all, may be very different to those in a living human system, and these problems are even greater with a lab-dish model. Giving unusually high doses of chemicals to animals can distort the usual metabolic pathways, and give misleading results—and so on. Just because something can upregulate or downregulate something in a model doesn’t mean it will have the effect you expect in a person

Jest zresztą i osobny tekst na ten temat: Animal research study shows many tests are full of flaws. Tak, wiem, że Goldacre nie jest wegańskim abolicjonistą. Uważa wykorzystywanie zwierząt w ramach nauki za konieczne:

Animal experiments are necessary, they need to be properly regulated, and we have some of the tightest regulation in the world. But it’s easy to assess whether animals are treated well, or to assess whether an experiment was necessary. In the nerd corner there is another issue: is the research well conducted, and are the results properly communicated? If it’s not, then animals have suffered – whatever you believe that might mean for an animal – partly in vain.

Nie jest także wegetarianinem, chociaż wspomina czasem o wegetarianizmie. No cóż, jest winą samego wegetarianizmu, że robi to w niezbyt przychylnym kontekście, a choćby, gdy pisze o wielebnym Sylwestrze Grahamie (tak, ten od grahamek). To postać często przywoływana w ramach list słynnych wegetarian, niestety rzadko kto wie, że oprócz faktu, że Graham był jednym z pionierów zorganizowanego ruchu wegetariańskiego w XIX wieku, był także niestety dzieckiem swoich czasów i bywało, że boleśnie błądził w ocenach i zaleceniach żywieniowych. Podobno ostrzegał, że ketchup i musztarda prowadzą do obłędu. Z drugiej strony patrząc – nie on jeden i nie tylko wtedy. John Harvey Kellogg (tak, ten od płatków kukurydzianych), inny wegetarianin owych czasów i jednocześnie adwentysta dnia siódmego, a także zwolennik eugeniki i czystości rasowej, był np. zagorzałym przeciwnikiem masturbacji, z której próbował leczyć pogubionych metodami przyprawiającymi o gęsią skórkę. Jasne, dziś również mamy do czynienia z dobrze umocowaną mitologią wegetariańską i wegańską, o której na pewno będę jeszcze wiele razy pisał (na podobnej zasadzie na jakiej pisze Goldacre o EBM, ubolewając, że – szczególnie w przypadku weganizmu – tak szacowna idea ma czasem nierozsądnych wyznawców). Wracają na chwilę do Grahama: można znaleźć (całkiem niezłośliwie) ciekawy związek pomiędzy jego myślą a współczesnym weganizmem opierając się tym cytacie z Goldacre’a:

I’ve got no great beef with the organic food movement (even if its claims are a little unrealistic), but it’s still interesting to note that Graham’s health food store—in 1837—heavily promoted its food as being grown according to ‘physiological principles’ on ‘virgin unvitiated soil’. By the retro-fetishism of the time, this was soil which had not been ‘subjected’ to ‘overstimulation’…by manure.

Hmm, w hipotetycznym wegańskim świecie faktycznie nie byłoby gnoju i obornika, ponieważ nie byłoby zwierząt wykorzystywanych w rolnictwie. Nie mam nic przeciwko stwierdzeniu, że gleba wówczas byłaby mniej zepsuta, w sensie moralnym.

Przydatne linki: